7 grudnia 2009

HUMAITA


W sobote bylismy na batizado dzieciakow grupy Ginga com Malicia (nie mylic z Ginga Malicia - od M. Marinheiro). Spotkalismy tam naszego dobrego znajomego Toco (byl w Bialej w ferie rok temu), ktory na batizado dostal stopien formado.
W niedziele dostalismy 2 zaproszenia na wyzerke. Rano u Barbischi na feijuade, wieczorem urodziny brata Mestre Zambiego. Bylo nam bardzo milo. Bylismy tez na plazy i przeszlismy kurs jak jesc ostrygi i zdobywac marisco (jedno i drugie bardzo smaczne).
Wydarzenie miesiaca: Roda na Humaita. Oprocz Unicaru, przybyli jeszcze reprezentanci 3 innych grup. Jedna ekipa (od Mestre Alex Costam) byla dosc spora (ok 15 - 20 osob), a chopaki wygladali na "zdrowych". No i sie zaczelo. Bardzo konkretne jogo, szybkie, mocne akcje ale w ktoryms momencie doszlo do mocniejszego starcia kogos od Alexa z kims od nas - do tego stopnia, ze trzeba bylo ich rozdzielac. Chlopaki Alexa nie wytrzymali chyba napiecia i puscily im nerwy, bo kazde kolejne ich wejscie konczylo sie mocnym rozdzielaniem. Ciezko to opisac, ale byly naprawde ostre akcje do tego stopnia, ze o malo co nie doszlo do jednej wielkiej zadymy. Na szczescie bylo kilka osob ktore opanowaly sytuacje. Po dlugich rozmowach Mestre Alex przeprosil wszystkich oficjalnie i cala jego grupa poszla do domu. Reszta osob zostala i cieszyla sie dalej Roda de Capoeira.


4 grudnia 2009

KOLEJNE DNI


CACHORRO:
Wtorek z samego ranca zaczal sie zamieszaniem na osiedlu (tzw briga). Idac rano w dol do sklepu widac bylo tlum ludzi zgromadzonych wokol czegos lub kogos. Okazalo sie ze wlasciciel najwyzszego domu na pedra furada sie nacpal i cala noc krzyczal i wyzywal wszystkich dookola. Wg plotek, koles ozenil sie z hemafrodyta, ktora teraz, po operacji, juz jest tylko kobieta. Teraz przyjechala policia i policia militarna - czyli ta w brazowych mundurach, z karabinami, ktora najpierw strzela, pozniej pyta. Tubylcy kazali trzymac sie z dala od tej zadymy wiec bylismy posluszni, tymbardziej na widok policji z bronia.
Sroda wieczorem to trening z Mestre Zambi. Mocny, ostry, nie dawalem rady. Bylem wrecz przybity.
Ogolnie w glowach mamy cos jakby szok capoeirowy. Wielki balagan, nie widomo o czym myslec, jak grac i jak to sobie wszystko poukladac.
Jednak na roda u Bamby odzyskalem sily i wiare w siebie.


DOCURA:
Wczoraj Barbischa zabral nas do dzielnicy o nazwie Itapoan, czyli raj dla surferow. Jest to spory kawa³ek plazy z oceanem na 100 m od brzegu po pas, silny wiatr i bez ska³, wiec wiekszoœæ ludzi w wodzie byla z deskami. My tez poprobowalismy... ze srednim skutkiem :) ale by³o sporo zabawy i duuuuzo slonca.
Wieczorem poszlismy wraz z prof. Secao na roda do Mestre Bamby. Chyba bardziej, zeby sie sprawdzic niz po cokolwiek innego. Szczerze mowiac liczylismy, ¿e ostro nas tam spiora, ale przezylismy. Spotkalismy tam prof. Sapo, ktory okazalo sie, ze od tygodnia jest w ACMB. Chociaz wracalam na jednej nodze po starciu z bambowa graduada i na dodatek w za duzych japonkach, bo ktos moje zawinal. Niestety czesto zadazaja sie tutaj takie male kradzieze, ale i tak mialam szczescie bo byla to podmianka i mialam w czym wracac na Pedra Furada.
Podroz powrotna troche czasu nam zajela - wsiedlismy do autobusu, ktory jedzie w prawdzie w nasze rejony, ale sie nie zatrzymuje tam gdzie potrzebowalismy. W taki sposob wyladowalismy na zajezdni, ktora nie byla bardzo daleko do Pedra, ale z moja noga dojscie zajeloby nam jakies 3h. Byla godzina 22:30 i byly marna szanse na to ze zlapiemy jakis autobus, ktory jedzie przez Bonfim (nasz przystanek). Na szczescie kierowca jednego z autobusow okazal sie takim dobrym czlowiekiem, ze podwiozl nas na przystanek, chociaz wcale nie bylo mu po drodze. Ja do ostatniego momentu bylam przygotowana na to, ze bedzie chcial zedrzec z nas kase za taka podwozke na zyczenie (swoja droga fajnie tak jechac sobie przez miasto prywanym autobusem ;p), ale nie... okazal sie bardzo sympatycznym czlowiekiem, ktory na dodatek mieszka na tej samej ulicy co my i znamy te same osoby (M.Zambi, Secao, Tamarindo, itp.). A myslalam ze kierowcy tutajszych autobusow to wcielenie prawdziwego zla - przynajmniej taki styl jazdy reprezentuja :) wracajac do domu zastanawialismy sie z Patrykiem czy takie cos przeszlo by w Polsce. Chyba watpie...



I ponizej jeszcze zalgle foty z wyspy:




30 listopada 2009

WYSPA



Minal caly tydzien tutaj. Duzo sie dzialo.
W czwartek znow byl ciezki trening a w piatek roda. Nie bylo zbyt duzo osob, bo maxymalnie 20, ale z to 90% to estagiario lub professores, czyli jakosciowo calkiem niezle osoby ;] Chyba nie musimy pisac ze czulismy sie jakbysmy od nowa zaczynali przygode z Capoeira. W sobote rano cwiczylismy sobie z chlopakami (est. Barbischia, est. Limo i form. Macaco) na trawie. Pozniej kapiel miedzy skalami w morzu. Maja tu takie cos co nazywa sie pinauna czyli zyjatko (zwierze?) przyczepione do dna, ktore z kazdej strony ma kolce. Barbischia wylowil taka pinaune. Trzymalismy to w rekach, ogladalismy a pozniej zjedlismy. Dziwne uczucie jesc mozg czegos co przed minuta zylo...

Po poludniu byla roda feminina, a po niej wyzerka - salatki, hotdogi, napoje i takie tam.

No ale dobra. Napiszmy o tym, co bylo najciekawsze: Professor Dinosauro i Contra-mestre Vermelhao zabrali nas na wyspe. Dluga podroz na zasadzie autobus, prom, autobus i jestesmy. Wysiadamy i nie wiemy co robic bo Dinosauro, ktory jechal motorem mial na nas czekac na przystanku a tymczasem nikogo nie ma. Ale spoko, popytalismy sie ludzi i nas zaprowadzili do chatki nad samym morzem. Dom nalezy do Mestre Marinheiro (taka chatka na weekendowe wypady). Generalnie spedzilismy tam 2 dni jedzac owoce, fasole i gadajac o capoeira i nie tylko. Tylne wyjscie z chaty prowadzilo wprost do morza (1,5 metra). Po wejsciu do niego, mozna bylo isc nawet i 500 m a woda nie siegala wyzej niz po pas. W ciagu 1 doby morze potrafilo 3 razy sie cofnac o 500 m i wrocic spowrotem. Rano, kiedy morze sie cofnelo wyszlismy sobie pocwiczyc na piasku, ktory zostal odsloniety. Po poludniu pojechalismy do innej wsi. Pojechalismy to znaczy Dinosauro przewiozl nas tam motorem - po 3 osoby naraz na motorze, bez kaskow i koszulek itd... Guma - to byl kross - honda bros nxr 150. Na miejscu bylo przepieknie. przeczysta woda, ladne domy, trawka, widoczki itd. najlepszy byl betonowy pomost wyprowadzony wglab wody, z ktorego na koncu morzna bylo skakac (jakies 5 m wysokosci). Na dobry poczatek Patryk zostal wepchniety do wody, pozniej Aska odwarzyla sie sama skoczyc i tak w sumie pozniej bylo juz latwo ;] Najgorszy byl dziwny nurt ktory szybko sciagal na bok i trzeba bylo sie namachac zeby doplynac do schodow, ktorymi sie wchodzilo na pomost. Pozniej male jogo i wyglupy na plazy i powrot. Streszczalismy sie zeby zdarzyc na autobus, ktory niby mial byc o 18:00 (zeby wrocic do Salvadoru), jednak na miejscu okazalo sie ze ostatni autobus byl godzine temu. Oczywiscie nie bylo zadnego rozkladu jazdy, wiec trzeba bylo pytac sie ludzi o ktorej cos odjezdza. A najlepsze bylo to ze kazdy mowil inaczej. Zostalismy bez transportu. Byla opcja zeby zaplacic komus kto by nas zawiozl samochodem, ale wszyscy byli juz pijani... Wrocilismy do domu na noc i o 6 rano mielismy autobus.

Jak zawsze goraco, tloczno i trzesaco.
A juz dzis wieczorem trening!





26 listopada 2009

BRAZIL


W koncu jestesmy w Brazylii (i w internecie). Wybaczcie, ze bedziemy pisac bez polskich znakow, ale chyba nie trudno sie domyslec ze ich tutaj po prostu nie ma.
Dolecielismy tu w niedziele wieczorem. Podroz byla oczywiscie dluga i ciezka, bo trwala 2 dni i jedna noc spedzona na bagazach na lotnisku we frankfurcie, ale juz dawno o tym zapomnielismy. Z lotniska na Pedra Furada (dzielnica gdzie mieszkamy) dotarlismy sobie autobusami. Jadac, wydawalo nam sie ze jestesmy jednymi z wielu workow ziemniakow, ktore wiezie pan kierowca, bo bylo szybko, ostro i hardkorowo. Polskie drogi w porownaniu z tutejszymi to raj dla kierowcow, ale kogo to obchodzi.

Tak czy siak, na Pedra Furada dotarlismy po jakis 2 godzinach i trafilismy w sam srodek imprezy przed naszym domem (foto domu powyzej). Telewizor wystawiony przed dom, stoliki, krzeselka i jest impreza. Lecial jakis mecz, wiedz brazylijczycy ostro sie darli, ale to wiadome. Za to w domu, juz na wstepie problem z lodowka, bo zamiast chlodzic, zaczela grzac, dzialala tylko zamrazarka. No ale to nic. Warunki wydaja sie dobre jak na tutejsze standardy. Chata tez bardzo ladna.

Nasz przecietny jadlospis to soki, mrozone soki, zamrozone soki, miazsz owocow, przerobiony na sok, owoce i czasem jakas kanapka lub ryba z ryzem i fasola (tzn jak do tej pory 2 takie posilki mielismy). Mieszkamy z Kamila z Polski, ktora kiedys u nas cwiczyla i ktora jest tutaj juz ponad 2 miesiace.

Komputer na ktorym teraz siedzimy i to piszemy ma dziwny monitor. wszystko jest odbarwione na zielono, ze az nie da sie patrzec, a do tego obraz jakos dziwnie przekrecony i wygiety o kilka stopni.

Dobra to teraz cos o treningach. Zaliczamy treningi dzieciece, i dla nas (doroslych). Poniedzialek byl z est. Barbischia, wtorek z est. Rabico, sroda z Mestre Zambi. Nie trzeba pisac ze kazdy z treningow jest wypasiony. Wtorkowy z Rabico byl mega ciezki, duzo wszystkiego, wytszlismy ledwo zywi. Wczoraj z Mestre podobnie. Bardzo fajne jest to, ze z kazdego treningu pol godziny jest dla est. Limo, ktory jest tancerzem i przez te pol godz prowadzi niesamowity naciag polaczony z tancami afro. Poza tym chodzimy codziennie na plaze i tam sobie skaczemy z capoeiristas naszej grupy.

A woda w morzu jest tak ciepla, ze nie chce sie wychodzic. I jest mega slona. w smaku przypomina ta, ktorej uzywamy do plukania gardla. No a co za tym idzie szczypie w oczy ;]

Dobra konczymy, bo wlasnie idziemy na plaze, bo jestesmy tam ustawieni z Kamila i Rabico. Pozdrawiamy Was wszystkich. niebawem postaramy sie zapodac wiecej fot. Axe!

17 listopada 2009

NOWE TWARZE W 20ROCKERS


Od następnego tygodnia zmieniamy trochę skłąd Twenty Rockers' Team. Będziecie mieli do czynienia z niezwykle sympatycznymi ludźmi: Gosią (Lima) i Danielem.
To dla tego, że my (Asia i Patryk) wylatujemy na 3 miesięczny pobyt do Brazylii, by trenować Capoeira.
Wszystko będzie nadal po staremu (te same zajęcia, ci sami instruktorzy). Zmienią się jedynie ludzie, którzy będą Was ścigać za płatności, sprawdzać listy i pilnować, by po 3 miesiącach 20RCKRS nadal stało ;]

Swoją drogą my będziemy publikować na blogu to, co nas tam spotyka, jak nam się żyje, zdjęcia itd, także odwiedzajcie nas tu regularnie.

Na zajęcia z tańca i z Capoeira nadal będzie można oczywiście się zapisywać. Nadal będzie działał nasz mail (zapisy@twenty.pl) oraz nr telefonu: 503 132 969.
Do zobaczenia w Polsce za 3 miesiące!

8 listopada 2009

JAK SPĘDZILIŚCIE WAKACJE?



Trochę wyluzujmy. odbiegnijmy od tych naszych wszystkich tematów.
Podzielimy się z Wami tym, jak spędzaliśmy wakacje.


Tak jakoś zebrało nam się na wspomnienia.
Najwięcej czasu zabrało nam oczywiście trenowanie Capoeira. Przez cały miesiąc siedzieliśmy nad morzem (Mielno) na obozie szkoleniowym. Tam wraz z Brazylijczykami(a właściwie pod ich okiem) ćwiczyliśmy sztukę z Bahia.
Generalnie 3 treningi dziennie + poranny rozruch. Ćwiczyliśmy w różnych miejscach: sala, trawa, plaża, ulica... Wspaniała atmosfera, brazylijska energia i wysoka temperatura. czego chcieć więcej? ;]

A u ciebie co się działo przez te 2 miesiące? Napisz w komentarzach, zapodaj jakieś zdjęcia.










1 listopada 2009

MADE IN CZAJNA


Made in Czajna to kolejna produkcja, która wychodzi spod skrzydeł Studia35.
Bajkowa historia o sile wyobraźni opowiedziana za pomocą tańca.
3 rozdziały (House, Wacking i Locking) ukazują zmagania małej dziewczynki, która będąc sama w pustym domu, próbuje przezwyciężyć swój strach.
"Made in Czajna" to połączenie animacji z tradycyjnym filmem utrzymanym w stylistyce teledyskowo-grindhouse'owej.
Zapraszamy do premiery na 20RCKRS:



A z okazji premiery:
Mamy do rozdania 10 koszulek TWENTY ROCKERS dla osób, które w tym tygodniu (2-8 listopada) przedłużą zajęcia o kolejne 3 miesiące.
Enjoy!